W kwestii radia - to proste. Szłam chodnikiem i zaczepił mnie sympatyczny pan. Po chwili stałam przed mikrofonem i odpowiadałam na pytania o Dniu Kobiet. Powiedziałam jak mam na imię, dostałam białą różę i poszłam do galerii z koleżanką. Zareagowała żywo na wieść o moim występie. Gdy wróciłam do domu, zapytałam, czy ktoś słuchał Radia Fest. Oczywiście, nikt nie słuchał. Prawdę mówiąc, ja też tej stacji nie słucham, nie lubię słuchać radia.
I tak się stało, że - początkowo wykluczając, iż napiszę o 8.marca - napisałam o tym. Dziwne.
Ten dzień był dziwny, bo totalnie nic mi się nie chciało. Znowu czuję się dziwnie, a ludzie wokół przypominają ufoludki. Widzę w nich zwierzęce cechy. O, ten wygląda jak mysz, a tamten jak piżmak. Kiedy to się skończy? Nie znam nikogo innego, kto tak ma.
Byłam dziś na statystyce, cudownie jechać na tylko jedne zajęcia. Świetnie, ślicznie. Coś tam załapałam, wiem niekiedy co się z czego wzięło, ale gdy widzę nagromadzenie liczb, to dostaję chandry. Więc mam chandrę odkąd wyszłam z uczelni. Co za obrzydlistwo, czuję się realnie zniesmaczona. Znowu przeżywam wszystko jak aktor na scenie. I jestem śpiąca. Zdrzemnęłam się, ale nic nie pomogło, dalej sennie. A jutro ok. 10 planuję iść na siłownię. Zobaczymy w jakim będę nastroju.
O czym będzie ten blog? Nie lubię robić takich planów. Nie lubię mieć planu. Czy będzie źle, gdy powiem, że będzie o wszystkim? Poruszać będę tematy dotyczące aktywności, zdrowia, ale też urody i showbizu. Czasem. Może też o filmach. Trochę. To się zobaczy.
Dopadły mnie humorki osoby na diecie. Widzę przed oczami kruche ciastka z orzechami. Widzę kebaba, którego tak naprawdę, nie lubię. Nie smakował mi dzisiejszy obiad. Na śniadanie zjadłam twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem, potem... co było potem? Ach, te luki w pamięci. W każdym razie, poszłam do Biedronki i sprawiłam sobie cudowny wypiek ze szpinakiem w środku. Na wspomnienie o tym, robię się rozmarzona jak dziecko, które dostało lizaka. Zapomniałam, jedzenie nie może sprawiać mi przyjemności, bo to pokusa. A pokusom się nie ulega. Za daleko doszłam, by zawrócić.
Ale o tym będzie, kochani, w kolejnych notkach. Pokażę Wam, że zdrowy styl życia ma swoje plusy, ale też minusy. Że warto. Że to trening - nie tylko fizyczny, ale i psychiczny, test na konsekwencję, upór i anielską cierpliwość. Że jest ogromna satysfakcja, ale i zmęczenie, zniechęcenie, ale jest i duma i radość. Że nieważne co Ci mówią ludzie - grunt, to cieszyć się z tego, kim się jest i jak się wygląda. Że jak się czegoś bardzo chce, to się to osiągnie. Jestem w trakcie długiej drogi do wymarzonej, upragnionej i wytęsknionej sylwetki, którą straciłam 7 lat temu. Jestem coraz bliżej. Mój tyłek nie przypomina już szafy trzydrzwiowej, brzuch robi się płaski i umięśniony, mam lepszą kondycję, zaczęłam biegać, nie wiem co to słodycze, fast-foody, tytoń. Od czasu do czasu napiję się piwa, ale kontroluję to. A co najważniejsze - nie wyobrażam sobie zrezygnować z aktywności fizycznej. Nie głodzę się, choć muszę wiele rzeczy sobie odmawiać. Na tym to polega. Czasem boli, ale można wytrzymać. Robię sobie dla siebie przyjemności, takie malutkie. Czasem zjem pizzę. O, nawet zdarzyło mi się zjeść dwa razy pysznego hamburgera z prawdziwej wołowiny.
O tym później. O drodze, którą idę od grudnia 2015. O tym, co się zmieniło we mnie i na zewnątrz. I o wielu innych rzeczach. Dzisiejsza notka niech będzie pilotażem.
Będzie fajnie. O ile będzie się Wam chciało poczytać. ;-)